Skąd się biorą dziecięce słowostwory?

Familekty różnią się od polszczyzny ogólnej między innymi odwróconą hierarchią wpływu: jest to szczególna odmiana języka, na którą najsilniej oddziałują nie autorytety naukowe i ludzie mediów, ale... dzieci. W programie DoMowy zachęcamy was do tego, by skupić się właśnie na ich mowie i twórczych wynalazkach językowym. Każda rodzina ma bowiem swój własny dziecięcy minileksykon, z którego niektóre wyrazy zostają w pamięci rodzinnej całe lata. Skąd się biorą?

Zacznijmy od liczb. Według szacunków przeciętny Polak używa ok. 10 tysięcy słów, zaś biernie zna ok. 30 tysięcy wyrazów. Oczywiście zasób leksykalny polszczyzny jest znacznie bogatszy, a niektóre słowniki chwalą się nawet 150 tysiącami haseł, choć liczba ta jest zdecydowanie zawyżona (uwzględnia m.in. terminy, archaizmy, niektóre nazwy własne). Przyszedłszy na świat, dzieci stają w obliczu nie lada wyzwania,jakim jest opanowanie tego materiału. Każdy, kto uczył się języka obcego, wie jednak, że znajomość słówek nie wystarczy do sprawnego porozumiewania się trzeba poprawnie wymawiać głoski, przyswoić sposoby łączenia wyrazów w sensowne całości, nauczyć się odróżniać znaczenia podstawowe od przenośnych, opanować związki frazeologiczne i etykietę językową, posługiwać się wieloma stylami, odmianami i gatunkami typowymi dla polszczyzny, rozumieć pragmatyczne znaczenie różnych wypowiedzi. Niejednego dorosłego rozbolałaby głowa na myśl o takim zadaniu.

Tymczasem dzieci w pierwszych 8-9 latach życia poznają język rodzimy w stopniu umożliwiającym skuteczną komunikację w różnych sytuacjach społecznych. Fenomen polega na tym, że dzieje się to w dużym stopniu naturalnie, tzn. w pierwszej fazie życia mowa dziecka zanurzonego w rzeczywistości językowej rozwija się spontanicznie. Tej przygodzie towarzyszą eksperymenty językowe i pomyłki, które są źródłem zachwycających i zabawnych dziecięcych słowostworów.

  1. Żeby język giętki wypowiedział wszystko…

Gdyby porównać naukę mowy do nauki gry na instrumencie, to dziecko jest jak adept muzyki, którego pamięć nie jest w stanie przetworzyć i powtórzyć skomplikowanej melodii, a palce nie panują nad instrumentem. Trudności w wymowie to chyba najbardziej powszechne źródło dziecięcych pomyłek. Choć kilkumiesięczne niemowlę umie segmentować strumień mowy na podstawie prawdopodobieństwa wystąpienia obok siebie poszczególnych sylab, a dzieci zaskakująco wcześnie rozróżniają fonemy języka rodzimego, to umiejętność analizy i syntezy słuchowej przez pierwszych kilka lat życia jest jeszcze ograniczona. Stąd właśnie powszechne przestawianie sylab, gubienie początku i końca wyrazu (petki zamiast skarpetki), zwłaszcza w przypadku dłuższych wyrazów. Przede wszystkim jednak aparat mowy dziecka nie nadąża za rozwojem poznawczym: wymowa niektórych głosek to sztuka, którą maluchy opanowują dopiero w wieku kilku lat. Do tego czasu zastępują trudniejsze głoski zastępowane są łatwiejszymi w artykulacji, np. głoski szeregu szumiącego i syczącego (sz, cz, ż, dż, s, z, c, dz) pojawiają się w mowie większości maluchów między czwartym a piątym rokiem życia, dlatego mowa dzieci obfituje w miękkie ś, ć, ź, dź. Na tym etapie powszechne są też upodobnienia głosek występujących obok siebie, ponieważ język dziecka nie jest w stanie tak szybko zmieniać pozycji (stąd np. zinia zamiast zimna); podobny mechanizm leży u podstaw częstego zjawiska powtarzania głosek i sylab (Buba zamiast Kuba). Można porównać to do gry na pianinie, kiedy ręce początkującego muzyka nie są jeszcze na tyle wygimnastykowane, by szybko zmieniać akordy. Przy szybkim tempie utworu palce trafiają więc w nieodpowiednie klawisze. Te pomyłki nie świadczą jednak o tym, że dzieci nie słyszą różnic między prawidłowym wzorcem a efektem swoich wysiłków, podobnie jak pianista słyszy fałsz w granym przez siebie utworze. Wielu rodziców bawi i dziwi fakt, że niektóre przekręty językowe są niemal uniwersalne ilu z nas zna dziecko, które mówi kordła zamiast kołdra?

  1. Na bezrybiu i rak ryba

Możliwości językowe dziecka są skromniejsze niż jego potrzeby komunikacyjne. Zanim człowiek osiągnie poziom względnej sprawności w posługiwaniu się polszczyzną (ok. 6-7 lat), musi radzić sobie, tworząc na własną rękę formy, słowa i konstrukcje. Dla językoznawców i psychologów pozostaje tajemnicą, w jaki sposób dzieci spontanicznie opanowują skomplikowaną „matrycę” języka rodzimego, czyli reguły umożliwiające tworzenie własnych sensownych i poprawnych wypowiedzi. Prawdopodobnie proces ten jest niejako zaprogramowany w naszych mózgach na poziomie neurologicznym, choć badania potwierdzają także jego społeczny charakter: dzieci, do których często się mówi i z którymi więcej się rozmawia, opanowują prawidła języka znacznie szybciej. Nasz mózg niczym komputer analizuje materiał językowy i wyłuskuje z niego zasady, które następnie można wcielić w życie (eksperymenty pokazują, że przedszkolaki potrafią stosować samodzielnie opanowane zasady także na wyrazach, z którymi stykają się po raz pierwszy).

Nieodłącznym elementem tego procesu jest hiperregulacja, czyli ignorowanie wyjątków językowych, która nasila się w okresie tzw. swoistej mowy dziecięcej. Kuzyn mojej znajomej zamiast szliśmy mawiał idzialiśmy, niektóre dzieci mówią jecham zamiast jadę. Często na pierwszym etapie mówienia dzieci używają form poprawnych, choć nieregularnych, zaś po jakimś czasie zmartwieni rodzice pytają, dlaczego ich syn lub córka „cofa się” w rozwoju i mówi z błędami. Odpowiedź jest prosta: dziecko od małego słyszy w języku dorosłych formy nieregularne i zapisuje je w pamięci, jednak w miarę poznawania reguł gramatycznych formy te stają się trudne do przywołania, ponieważ nie zgadzają się z regułą; bezlitosna logika blokuje dostęp do poprawnej wersji wyrazu. Co ciekawe, badania pokazują, że kiedy dzieci słyszą tę samą hiperregularną formę wypowiedzianą przez dorosłych (np. idzialiśmy), zdarza im się reagować poirytowaniem, zdziwieniem lub śmiechem mają bowiem w pamięci zakodowaną poprawny wariant słowa, choć nie są w stanie w odpowiednio krótkim czasie przywołać go, kiedy mówią. Etap ten jest przejściowy, choć złośliwie można skomentować, że niektórzy użytkownicy polszczyzny w wieku dorosłym przeżywają nawrót hiperregularyzacji i dążą do usunięcia z języka nielogicznych wyjątków. Jeśli znacie osoby, które upierają się, że mówi się będę spać, a nie będę spał, ponieważ spał to forma czasu przeszłego, lub że powinno się mówić mądrej głowie dość dwa słowa (nie: dwie słowie), to taka właśnie postawa nazywana jest logizowaniem w języku.

Wróćmy jednak do dzieci. Tworzą one nie tylko formy gramatyczne, ale przede wszystkim nowe słowa jest to konieczne, by przy ograniczonej liczbie słów w prywatnym słowniczku dziecko mogło się wyrazić i porozumieć. Słowotwórcze możliwości polszczyzny są przecież ogromne: według różnych wyliczeń pozwalają kilkukrotnie zwiększyć nasz zasób leksykalny! O ile jednak nasza gramatyka jest dość regularna, to słowotwórstwo jest znacznie mniej przewidywalne. Jest chodnik, którym się chodzi, ale nie ma jezdnika, którym się jeździ. Jest pachnidełko, które pachnie, i świecidełko, które świeci, ale nie ma gradełka, które gra. Schodzimy po schodach, ale nie wchodzimy po wchodach. Nic dziwnego, że dzieci tworzą całe mnóstwo słówek, które nie istnieją, choć potencjalnie byłyby zrozumiałe dla użytkowników polszczyzny. Możemy wyobrazić sobie nasz język jak klocki: są wśród nich rdzenie słów (np. w słowie matka: matk-) i różne przyrostki, przedrostki, „wrostki” itp. (-ować, -yny, pra-, -o-). Z klocków tych da się zbudować piękne i przydatne konstrukcje: matkować, matczyny, pramatka, mateczka itp. Tymczasem okazuje się jednak, że nie wszystkie połączenia klocków są tak samo dobre – niektóre klocki łączą się ze sobą tylko w teorii. Moglibyśmy stworzyć słowo matkostwo (skoro mamy ojcostwo), ale wiemy, że mówi się macierzyństwo. Znów logika okazuje się złudna. Spośród dzięciecych neologizmów powstałych w podobny sposób można przywołać zimełko (przyjemny chłód), tyłować (cofać się), łańcuszyć (dźwięczeć łańcuchem) czy wreszcie szyjak (szalik).

Bywa też tak, że dzieciom trudno jest znaleźć granicę między połączonymi klockami. Powstają wtedy takie konstrukcje jak wchodzę na podrabinie. A czasem w ogóle w tych kształtach, kolorach i rodzajach klocków można się pogubić i powstają wtedy wyrażenia i wyrazy nie tylko nieistniejące, ale też mylące i niezrozumiałe. Dzieciom szczególnie trudno opanować stałe związki frazeologiczne, w których zasada łączenia części w całość wymyka się logice i prowadzi do zabawnych kontaminacji: zagonić w kozi kąt, puścić strusia, jestem pod zdziwieniem (w analogii do jestem pod wrażeniem).

3. W poszukiwaniu sensu

By nie pogubić się w labiryncie polszczyzny, dzieci starają się odnaleźć sens w słowach i powiązać je z tym zasobem leksykalnym, którym już sprawnie się posługują. Sprowadzają więc to, co nieznane, do tego, co znane. Skoro jedzenie piecze, to jest piekantne, skoro kruki kraczą, to są to kraki, skoro coś jest podobne do torby i ma tę samą funkcję, to jest to torbister. Te słowotwory, choć zwykle niezamierzone, cieszą nas nie tylko dlatego, że dają nam wgląd w fascynujący umysł dzieci, ale także dlatego, że wielu z nas w gruncie rzeczy marzy o języku, w którym słowa są „sensowne”, a między kształtem wyrazu i jego znaczeniem zachodzi logiczny związek. Czy nie tak możemy wyjaśnić popularność różnych pseunoetymologicznych wywodów, które Słowian wywodzą od słowa, a Częstochowę od częstego chowania (w istocie pochodzi od imienia Częstoch)? Dziecięce praktyki sensotwórcze są jednak nieświadome i bliżej im do ludowych przekształceń wyrazów zapożyczonych (np. pomyks zamiast pumeks bo służy do pomywania; smętarz zamiast cmentarz bo smętny) niż do celowych poszukiwań. Często powstające w ten sposób neologizmy są po prostu przypadkowymi kontaminacjami, np. pocherał to chyba pokrowiec i futerał, choć pobrzmiewa w nim także słowo chować. Niekiedy kontaminacje biorą się nie tyle z nakładających się sensów słów, co ze zwyczajnego pomieszania słówek podobnie brzmiących. W efekcie niektóre dziecięce neologizmy przypominają rebusy językowe, a próby odtworzenia procesu myślowego przypominają poszukiwanie złotego runa.

4. Przygoda

Na koniec warto wpsomnieć o jeszcze jednym mechanizmie, któy leży u podłoża dziecięcych słowostworów jest nim zabawa. Dzieci czerpią przyjemność z manipulacji materiałem, jakim jest język; uwielbiają rymowanki, wierszyki, zagadki, gry dźwiękonaśladowcze, aliteracje, śmieszne powiedzenia. W pierwszych latach najbardziej fascynująca jest brzmieniowa warstwa słów, dlatego ich powtarzanie i zniekształcanie sprawia maluchom wyraźną zmysłową przyjemność. W miarę przyrostu słownictwa i stopniowego opanowywania zasad gramatyki, składni oraz społecznych aspektów języka, młodzi adepci mowy czerpią radość także z poczucia twórczej mocy związanej z nieograniczonymi możliwościami nazywania świata wokół i tworzenia nowych światów pięknych, śmiesznych, zaskakujących słów i tekstów.

***

Dorośli mają wobec języka dzieci stosunek zwykle przyjazny, entuzjastyczny, ale także pobłażliwy. Proponuję spojrzeć na mowę najmłodszych użytkowników polszczyzny inaczej z podziwem. Dla śmiałej wyobraźni i pomysłowości, którym zawdzięczamy niepowtarzalne i zaskakująco błyskotliwe neologizmy, jakich nie powstydziliby się poeci. Dla ducha przygody, który mówi nam, dorosły, byśmy porzucili użytkowe podejście do języka i odnaleźli w nim przestrzeń zabawy. I wreszcie dla odwagi, z którą dzieci, nie bacząc na pomyłki, odkrywają i oswajają polszczyznę. Zapisujmy ich leksykalne arcydziełka i dzielmy się nimi z innymi.

Małgorzata Leszko, językoznawczyni

 
 
 

.

Back to Top